Wilkowski – Głosu kosa nie słychać w Warszawie / fragment

Świeciło słońce, kiedy Babcia Kochana Zaczarowana dreptała dróżką. Idąc tę drużką, słońce świeciło tak, że na jej twarzy ujawniały się jak plamy czyraki wspomnienia i nostalgie. Wczesne miłości, późne młodości, oczywiście wojna i ten olbrzymi lęk, który kazał jej teraz, idąc tę dróżką, trzymać się wy-i-ma-gi-no-w-a-nej poręczy. Oto dzikie zboże, ledwo wzeszłe, rosło po prawej stronie dróżki i robiło za taką roślinną poręcz.

A gdzie szła Babcia Kochana Zaczarowana? Przeczuwała, że jej wnuczka zakopała suv na warszawskich blachach na piaszczystej drodze kole stawku i szła, a właściwie magicznie leciała jej pomóc. W chacie telefonu nie ma, na Podlasiu albo kradną druty albo zwalają maszty albo nie chce się im podłączać, wyuczone bezrobocie i regres przywiewa tu znad krajów Byłego ZSRR niespokojny wiatr.

Za zakrętem pojawiło już się wejście do lasku. Za laskiem mieści się stawek i zjazd z drogi gminnej, którą wnusia nieczęsto prawdę rzekłszy z wielkiego miasta przyjeżdżała. Najpierw studia na antropologii kultury, potem szybkie “pięcie się” po drabinie kariery doradczej w branży nowych mediów. No i sama, ciągle sama, jak ten samodział, samowar albo samgowałt, myślała Babcia Kochana, biegnąc. Stopami obutymi w pantofelki prawie nie dotykała przedwiecznego piasku ścieżki, tak jej było pilno.

Kurwa – powiedział Piotr Marszał-Maszkowski. Powinienem się zorientować.

Lasek był drobny, suchy, ledwo zielony tę wczesną wiosną, chociaż choinki to drzewa iglaste i nie zrzucają igieł, a igły są przecież raczej mocno zielone. Babcia weszła weń i od razu kur zapiał. Jakoś zimno tu, pomyślała, poprawiając kapcie, które zzuły się jej ze stóp z powodu dużej prędkości marszobiegu.

Córeczko, powiedziała szeptem Babcia Kochana, myląc, nie pierwszy to już raz, córkę z wnuczką. Ale chodziło jej o wnuczkę.

Las od wieków jest domem duchów i śmieci, niekiedy duchów jest nawet więcej niż śmieci. Wieczorami, kiedy ucicha kos, jakiś podły wiatr z terenów Byłego ZSRR napełnia rządy drzewek dziwną złą energią. Babcia wyczuwała to co wieczór, siedząc w chacie i przędąc sobie samej opowieści z nudów, zamykała wtedy okiennice i jeszcze spuszczała psa z łańcucha. Pies nazywał się Konik.

Czy te wszystkie zjawiska i emocje były dostępne dla wnusi? Obawiam się, że nie, ale może to dobrze, że nie. Mieszkając w miastach jesteśmy pozbawieni pewnych zatrwożeń, w zamian za to dostajemy inne.

Piotr Marszał-Maszkowski, chociaż nie było jeszcze dwunastej, zapodał sobie flara. Kiedy Niemcy weszli do miasteczka, wszyscy uciekli do wioseczki. Jego wuj razem z mamą, wuj przyszywany. Za stary był chyba na wojaczkę, a raczej nie miał nogi, więc mógł być tylko skarbnikiem w oddziale partyzantów Jana “Janka” Janowskiego. Kos zadrżał śpiewem, zwiększało się popołudnie.

Babcia to wszystko widziała w swoim sercu i rozważała w nim. Nagotowała rankiem porzeczek i innych ziół, a w oparach pojawiły się wspomnienia sielskiego dzieciństwa.

Wszystkie wspomnienia są wyobrażone, tylko niektóre mniej, a inne więcej, pomyślał Marszał-Maszkowski. Flar się wypalił, nie chciało mu się sięgnąć po kolejnego. Ot, dla zdrowia nie wezmę już – powiedział, klepiąc się po udach i udając się do łazienki. Tam zrobił siku i się ogolił. Praca w Ministerstwie Kultury wymagała przynajmniej zewnętrznej ogłady.

Dzień dobry – rzekł ochroniarz przy bramce wejściowej w MKiDN.

Dzień dobry – odpowiedział Marszał-Maszkowski. Za godzinę miał zjawić się Pan Kanapka, a on już był zmęczony.

Oj, wiem, jak to jest z twoją ogładą, myślała wnusia i przez to zakopała się suvem w wielkim dole na małej dróżce leśnej, dogodnym skrócie do chaciny babci. Miłość i nienawiść to dwie główne siły życia, żadna z nich jednak nie wyciągnie trzytonowego auta z kłopotów ani nie rozwiąże problemów wnusi.

Idę, biegnę, szumiał zielony iglasty las, wnusia niby słyszała, jak szumi, ale dla niej szumiał niezrozumiale.

Ech, gdyby tak się zamienić miejscami z babcią, pomyślała wnusia, szarpiąc drążek skrzyni biegów, chociaż był automatyczny.

Las zaczarodziejsko zaszumił, pociemniało. Czy aktualni ludzie czują jeszcze magię i ciepło ludzkich serc, które ma największą siłę na świecie, większą niż milion bomb wodorowych?

Dzień dobry – odrzekł sekretarz MKiDN, kiedy Marszał-Maszkowski wskoczył do biura. Miał jakoś dziwnie dużo energii.

Czemu masz tyle energii po weekendzie? – powiedziała Mira, jego koleżanka z biura MKiDN.

Dzień dobry – powiedział jej Marszał Maszkowski, wysyłając ten obrzydliwy rodzaj uśmieszku, w którym jest i miłość, i przemoc, i jak najbardziej neutralne uczucia.

Znowu ma kogoś nowego, pomyślała Mira, ale rzekła: “Czy byłeś gdzieś na wycieczce w weekend?”.

Marszał-Maszkowski. Zatrzymał. Się. Zamknął. Oczy. Spojrzał. Widział. Patrzył na nią. Czego. Ona. Chce. Znowu. Kurwa. Pomyślał, bo nie mógł przecież tego powiedzieć.

Wszystko ok – rzekł.

To dobrze – powiedziała.

Też tak myślę. A co u Ciebie? – zagadnął jowialnie, ale sztucznie.

Wszystko w porządku. Miałam trochę sprzątania – powiedziała kąśliwie Mira.

“Trochę sprzątania” oznaczało wyprowadzkę od kolesia, z którym nie miała już o czym rozmawiać. Jezu, jeszcze trzydzieści osiem stron*.


* Do zgłoszenia się w konkursie trzeba było napisać stron czterdzieści. (przyp. Puldzian)

Marcin Wilkowski – historyk Internetu, humanista cyfrowy.

Laureat Konkursu na Najgorszą Książkę (edycja 2025).


Wilkowski, Matwiejczuk i Żurek – Najgorsze książki 2025

Pierwotna cena wynosiła: 37,37 zł.Aktualna cena wynosi: 33,33 zł.

Dwie książki w jednej: laureaci konkursu na Najgorszą Książkę im. Timothy’ego Dextera (edycja 2025)!

SKU: wilkowski-matwiejczuk-i-zurek-najgorsze-ksiazki-2025
Kategoria:
Znaczniki: , ,